poniedziałek, 14 lipca 2025

***



nie przestawaj opowiadać
zamknę cię we wczoraj
nim do widzenia
będzie tylko zaklinaniem czasu
K.


Coś ci podać?
Wydajesz się taka smutna,
jakby słońce zatrzasnęło się
po drugiej stronie złego.
Opowiedzieć ci coś?
Na Twoim czole samotność
wbiła stopy w bruzdy
- gwiżdże pustce ostatnią melodię.
Przytulę Cię.
Widziałem jak przez sen drżą ci ręce.
Tak, nie odchodzę nawet nocą
pilnuję,
by strach nie rozlał się zbyt szeroko.
Popatrz,
za drzwiami płonie jesień.
Może to ostatni dzień,
kiedy można wyjść w sukience?
Na krótki spacer,
weźmiemy ze sobą dzieci.
Dla Ciebie zacznę udawać,
nie trzeba nic więcej.
T.





listopad 2011

niedziela, 13 lipca 2025

Drzwi


uparcie milczą

kojarząc kroki i echa przebrzmiałego wczoraj

czasem nieśmiało wspomną czekanie

ciągle te same

wierne niezgubionym kluczom

codzienną modlitwą zapraszają dzień bez ciebie


K.
2023



W ułomkach luster

przycupnęła cisza.

W uszach nie dzwoni,

o nic nie pyta. 

Wyczekuje, by ją słowem zebrać,

jak witraż.


T.
2025

piątek, 11 lipca 2025

***

Nocą wszystkie koty czarne, a słowa jednakie.
Spod powiek sen się sypie, złote runo zamienia
w piasek.
Palce śpiące w ostatnich westchnieniach
ziarna chwytają.
Na próżno.
Pióro potyka się o kurzu drobinkę
- jest chwiejne.
Lada moment upadnie.
Papier jeszcze tylko chrzęści łakomie,
cierpliwy, wiadomo.
Czy starczy mu tej cnoty do jutra,
jeśli teraz mnie noc zmoże?
A gdyby tak poddać się, miast pleść swoje
trzy po trzy, sześć po sześć
i po czyjąś koronę niezgrabnymi dłońmi sięgnąć...
Dać wytchnienie głowie,
ona nie jest Odysem,
Itakę zna z cudzych marzeń, powieści.
Niech więc mnie noc ogarnie.
Niechaj w niej zasnę
na zawsze.
Ocalony niepamięcią na nowo się zacznę.
T.

listopad 2009

Ściany (Walls)

błądzę obok ciebie

spod kół pryskają marzenia

pomiędzy nami nowe  ściany

 i nie ma strachu 

blady mężczyzna mówi twoimi słowami2

patrzę ukradkiem na ciebie

lekko się uśmiechasz 

ktoś na horyzoncie zawiesił słońce

na nowy dobry dzień


K.
2025



Nie starzeją się serca

z nici babiego lata szyte

Bez szwów, bez fastryg,

biją równym rytmem

w pajęczynie wschodów i zachodów

z ciebie do mnie,

ze mnie do ciebie,

pomiędzy ludzi.

Między nami przestrzeń kurczy się

do jednej, dobrej myśli.


T.
2025


czwartek, 10 lipca 2025

Kaleka

 

nagle ukruszyło mi się serce

z czekania na niewiadomoco

utkałam siebie na niepogodę

ładniejszą o ten grudzień

który się rozpłakał z żalu 

za czasem zgarbionym zmęczeniem

marznę licząc palce

krople dżdżu znaczą linie serca i rozumu

nagle ukruszyło ci się serce

wyszeptałeś nad ranem

tuląc poduszkę

K.

2022 

środa, 9 lipca 2025

Przedczerwiec w zieleni


Niepewność i majowa ostatnia noc. 

K.
2025


Śniłem czerwiec

nabrzmiewający dniami,

jak kiść winogron w toskańskim słońcu.

Słyszysz?

Soczysta zieleń pąków pęka,

spod płotów, wieczorami wychyla się już maciejka

i wcale nie szkoda zachodu.

Zresztą, bawi się ze wschodem w berka

aż do śpiewu skowronka.

Takie to infantylne,

niemal głupie,

ale nie chciałem się budzić...

Otworzyłem oczy,

a tu koniec czerwca.

Zapukałaś do drzwi z pierwszymi dniami lipca.

T.
2025


obudziło mnie twoje wołanie

zabawa z morfeuszem w sen mara

wywiodła mnie na dobre na manowce

daleka smuga dymu opowiadała ciepły dom

bozia szykowała nowy dzień

pachniało zbożową kawą

lipiec wołał ciepłym wiatrem od pól

od ciebie do mnie 

K.

2025

Cisza małych miasteczek


W małych miasteczkach noc jest cicha. W małych miasteczkach noc nie ma tajemnic, nie przyczaja się ciemnymi zaułkami skrywającymi złowróżbne cienie. W małych miasteczkach noc nie wtrąca się w cudze sprawy.
Mieszkałem kiedyś w takiej mieścinie. Niedługo, zaledwie tyle, by poznać jedną kawiarnię i kilku stałych bywalców. Niedługo, zaledwie tyle by się z nimi zaprzyjaźnić, ale nie związać.
Na tyle jednak długo żeby się przejąć, pochylającymi się ku ulicom ścianami. Na tyle długo, bym mógł opowiedzieć ci tę historię.
Wracałem, jak prawie każdej nocy, przez puste, ciemne ulice do domu, który nie był moim miejscem. Z początku jej nie poznałem. Próbowała podnieść się z ziemi, wołając o pomoc. On stał w rozkroku, nie tak znowu pijany żeby nie potrafił w nią trafić. Krzyczała więc w przerwach między ciosami. Zacząłem biec, a tupot moich stóp odbijał się od ślepych, tylko z pozoru, okien. Nie było trudno go przewrócić, nie było problemem obezwładnić. Nie zdążył zareagować zataczającym się słowem.
Wtedy za sobą usłyszałem, wolne od pauz, histeryczne wołanie: „Biją! Pomocy! Ratunku!” Ciężar jej strachu osiadł na moich plecach i wgniótł w jego oddech. Jej palce wbiły się w koszulę na piersiach i rozorały skórę jak stare płótno. On już się zbierał, w pijackim gniewie, ona nieprzytomna z przerażenia łomotała pięściami o moją głowę. Przecież biłem jej męża. Strząsnąłem ją z siebie, wołając, że chcę tylko pomóc.
Okna w kamienicach zmartwychwstawały nocną iluminacją. Robiło się coraz jaśniej. Atakowany z dwóch stron, nie broniłem już nikogo prócz siebie, bojąc się, że i noc stanie ze mną do walki. Nadjechała policja. Siedząc pod niebiesko-czerwonym "słońcem" sprawiedliwości nie potrafiłem pojąć, co się właściwie dzieje. Dopiero potem zrozumiałem, że jestem nikim, dopóki jestem obcy. Gdybym nim nie był, patrzyłbym zza trumny okna i o wszystkim wiedział.
- Pytasz skąd ją znałem?
Kilka dni wcześniej szła zapłakana ulicą. Zapytałem: "Co się stało?". Odpowiedziała: "Uciekłam od męża". Potem przekonałem właścicielkę kawiarni, żeby dała jej posadę kelnerki. Miłość do kata okazała się silniejsza od życia. Młoda dziewczyna jeszcze przed trzydziestką... 
T. 

Szepty - Parapluie

Zamknięty w pawlaczu daleki jestem zimie. Kurz kołysze me skrzydło nietoperza - stygnę. Nie tak dawno w pogoni za tęczą łzy chwytałem garś...

Z zaczytania