środa, 16 marca 2011

Urodzinowe mrzonki

Gdzieś tam szczeka pies, krople z niedawno spadłego deszczu parują wilgocią, pełną zapachów nagrzanej słońcem wiosny. Żółty rzepak godzi się z niewinną bielą kwiatów jabłoni, wszędobylska trawa uparcie wybucha niepohamowaną zielenią. Pięknie tu, spokojnie... Zatapiam się w pozornej ciszy, rozpływam w lekkim powiewie ciepłego wietrzyku i czując się urodzinowo obdarowany, zamykam oczy. Chwila nieograniczona czasem, galeria bez biletu wstępu. Prostota istnienia nieuznająca żadnych granic człowieczych. Można jej nie dostrzec, można jej nie docenić, można wreszcie obojętnością zaprzeczyć jej istnieniu. W zabieganiu, w pośpiechu, w meandrach codziennej zgryzoty nie ma już miejsca na tak banalne i proste radości. Nawykli do skomplikowanej rzeczywistości nie rozwodzimy się nad tym, co tak oczywiste, do czego przyzwyczaiła nas przyroda. Powraca do nas jedynie w wspomnieniach wakacyjnego dzieciństwa, krów ciotki, kur babci i Azora merdającego ogonem latającego za nami po polach, w wędrówkach pozbawionych celu, lecz przesyconych beztroską radością. I tak, gdy o tym wspominam przychodzi mi na myśl jedna refleksja. Krajobraz nie zmienił się, kwiaty i pola w kolorach, zapachach wciąż takie same, tak samo kuszą i obiecują to samo. W niepoprawnym, dziewiczym wciąż, optymizmie.
Czemu więc zamknęliśmy w sobie drogę dla niego, czemu przestaliśmy spoglądać w niebo? Dziś są moje urodziny życzę, więc sobie, by nigdy nie dorastać. Nie żeby żyć powietrzem, lecz żeby nigdy nie umarła we mnie naiwność.

PS. W zasadzie wczoraj, lecz jakie to ma znaczenie?
T.

14.05.06

sobota, 26 lutego 2011

Pod łososiem

Fistaszek lubił kameralne kawiarnie z duszą, klimatem, gdzie jesteś między ludźmi, a mimo wszystko sam. Jakież to podobne do czatu nieprawdaż? Ideałem wydawała mu się warszawska „Czytelnia”. Żałował, że tak rzadko tam bywa. Stoliki zagubione między regałami, pełne zadrukowanych stronic w miękkich i twardych obwolutach. Wystarczyło wyciągnąć rękę, by zatopić się w lekturze, albo potraktować książkę jako pretekst do rozpoczęcia rozmowy. „Pod łososiem” nijak nie pasowała do tego wizerunku. Hałaśliwa, pełna krzykliwie rozochoconych myśli i rozmów podsycanych alkoholem. „Burków spuszczonych ze smyczy” i „smyczy” szukających nowego „Burka”. Wyboru jednak nie było, albo wieczór tu, albo samotnie w pokoju. Wybrał to pierwsze i żałował. Naprzeciwko Fistaszka siedział pan Kazio udowadniający, już nieco bełkotliwie, rolę zdrady w spajaniu i cementowaniu związku małżeńskiego. Połów mu się nie udał a i ten, na który teraz chciał wyruszyć, zaraz po tym jak podzieli się swoją mądrością, nie zdawał się wróżyć sukcesu. Fistaszek stracił już nadzieję, że Kazio odczepi się sam, odessa się w sposób samoistny i niewymagający od niego żadnego wysiłku, poza zachowaniem obojętnego milczenia.
- Rozumiesz pan, od czassu do czassu mus pszygruchaś sobie jakąś lale. Zdrofie psychiszne tsza ratowaś – perorował uczenie i mało wyraźnie.
- Ta, mus – zgodził się Fistaszek i w trosce o własne wstał od stolika
- Idziesz pan? – zasmucił się zdziwiony Kazio
- Ależ skądże. Idę poderwać tamtą samotną lalę przy barze – wskazał siedzącą tyłem kobietę.
- Moja szkoła. Pierz pan pycha za rochi. – powiedział mędrzec z dumą w głosie i pijanym wzrokiem obserwował dalsze poczynania swojego ucznia. Fistaszek chciał nie chciał podszedł do baru, wiedział, że Kaziu nie da mu spokoju, na podryw też nie miał ochoty. Zamówi piwo, przy tym tłoku trochę to potrwa, więc powinno wystarczyć…
- Przepraszam – powiedział wciskając się między samotną, a odwróconą do niej tyłem, rozświergotaną blondynkę. Samotna spojrzała na niego. Na jej twarzy pojawił się trudny do zidentyfikowania grymas.
- Przepraszam? Jaka poprawa. Już nawet bez „babsztylu”, tylko samo „przepraszam”. Zielone oczy wierciły w Fistaszku dziurę wielkości spodka od filiżanki. „O święta Zołzo patronko wszystkich prześladowanych”, pomyślał Fistaszek wypuszczając głośno powietrze z płuc...
T.

piątek, 28 stycznia 2011

Fistaszkowe urodziny

T. Wyszperałam, to nie może zginąć w sieci...

Babsztyl! Babsztyl!!! – darł się Fistaszek walcząc jednocześnie z zaroślami.
Leśne ostępy, nie podziałały kojąco i w krzyk ten włożył złość i frustrację nagromadzoną przez ostatnie dni. Na miejscu Babsztyla, wiałbym razem z zupą, która wcale nie musiałaby być za słona. Trzeba tu jednak zaznaczyć, że Fistaszek nie był zły bez powodu. Urodziny. Nigdy ich nie lubił, teraz miał już żelazny dowód, dlaczego. Trudno powiedzieć, co było motorem urodzinowych zdarzeń.
Zołza przekroczyła próg z miną tajemniczą i nieodgadnioną. Podlała kwiat. Nie mówiąc ani słowa popatrzyła przez okno. Westchnęła ciężko, przeciągle. Odwróciła się w końcu i jednym tchem wyrzuciła z siebie:
- Nic z tego nie będzie Tomaszu. Wiem, że mnie zrozumiesz i wiem, że nie będziesz pytał, ani robił mi wyrzutów. I nie chciałabym abyś to zaczął robić – drugim tchem – Jestem w ciąży. Nie z tobą, ty jesteś wiecznym chłopcem. Chciałam tego od dawna, a natura przyśpiesza…- trzeci wdech - ON jest we mnie szaleńczo zakochany, więc sam rozumiesz. Życzę ci wszystkiego dobrego. Wiem, że ci się ułoży.
Mówiąc to szła już do wyjścia, drzwi trzasnęły. Zapadła cisza… Długa cisza… Cisza trwała do momentu, kiedy Fistaszek ciężko klapnął na fotel a sprężyny jęknęły rozdzierająco. Śierściuch zawył krótko, żałośnie i położył się kładąc zaśliniony pysk na jego stopach.
- No… Bardziej oryginalnego prezentu już nie dostanę. Chyba, że kojfnę we własne urodziny i trumna będzie główną atrakcją imprezy. – stwierdził głośno i zapadł w niemą konsternację.
W zasadzie Fistaszek nie był w tej chwili jeszcze zły, z pewnością nie był wściekły. Zaskoczony był za to gigantycznie, na tyle by odczuć natychmiastową potrzebę spakowania walizki i wyjechania „na łono”. Wszystko jedno jakie, byle nie kobiece.
"Trzeba to jakoś poukładać" pomyślał, a jego przekonanie o znajomości niewieściej natury leżało teraz gdzieś pomiędzy oknem a drzwiami, zanosząc się histerycznie drwiącym śmiechem. „Trzeba je tu zostawić samo, żeby doszło do siebie”.
Wstał, by zabrać szczoteczkę do zębów z łazienki i psią miskę z kuchni. Kiedy zamykał drzwi, jeszcze słyszał chichot losu i to było kiełkujące ziarenko złości.
Przedzierał się więc Fistaszek przez mazurskie zarośla z okrzykiem „Babsztyl” na ustach, klnąc w myśli ród kobiecy i własną ślepą duszę.
- Ja sobie wypraszam tego „babsztyla”! – usłyszał głos dochodzący zza krzaka, a należący do właścicielki znienawidzonego w tej chwili kobiecego łona.
- I niech zabierze tego psa! Zaślinił mi całe spodnie!
T.


16.05.06

wtorek, 30 listopada 2010

Moja Warszawa

Moja Warszawa jest bezpańska.
Śpieszno jej od dnia do dnia
chociaż nie gaśnie
rozświetlona
rytmem tysięcznych kroków.
Gwarna w przechwałki.
Strojna w sukces
nim upodlona.
Moja Warszawa czeka.
Wiatr wzdycha po zaułkach
nie nadążając za miłością.
Przez moją Warszawę płynie rzeka
szczerząc na przejściach kły klaksonów.
Moja Warszawa JEST
jak rzeka
- nie płynąc z nurtem giniesz.
T.


Moja Warszawa pachnie jaśminem
przeciąga się nad ranem w hotelowym łóżku
moja Warszawa uważnym spojrzeniem
zagląda w oczy Fryderyka
nim w Łazienkach utonie
moja Warszawa ma kilka imion
most rozświetlony nad rzeką
i kochanie na całe życie
a ledwie na chwilę.
K.

grudzień 2010

poniedziałek, 29 listopada 2010

Piszę do Pani

Piszę do Pani, bo świat się kończy
I dzień następny jest jak dzień ostatni.
Piszę do Pani, schwytany w ciszę niedomówień,
Nie wiedząc, czy to pisanie jest dla Pani ważne.
Piszę do Pani, chociaż mówią, że czas ucieka,
A ja go trwonię, na ławce w poczekalni życia.
Piszę do Pani upychając w pustce słowa,
Chcąc bezbarwnie, zabiegane dni wypełnić Panią.
Piszę do Pani, nie wiedząc, czy przyśniło mi się jutro,
Czy tylko wczoraj echem odbija się od dzisiaj?
T.

tyle w nas miejsca proszę pana
na dwoje diablo za wiele
pustka rozdzielonych kątów
krzyczy echem
słowa wybrzmiewają w nas
patrze na pana
i coraz mniej zaklęć
tonie w mych rymach i rytmach
smutnieją jutra
nie nam ofiarowane
K.


piszę do pana, bo świata mało
w przestrzeni która nie istnieje
lecz słowa chłonie nienagannym dreszczem
piszę do pana choć pan nie czyta
usta zaciska coraz mocniej
a ja próbują za każdym razem
ożywić spojrzeniem martwe miejsca
piszę do pana bo nawet nie wiem
jak panu tam pod pana niebem
i skąd te krople na moim oknie
czy z deszczu jeszcze
czy już nie?
K.


lipiec, 2008

niedziela, 7 listopada 2010

Studzieniczna

Rychliwość boska dodałaby ci skrzydeł, gdyby się spieszyła.
I byłbyś.
Tymczasem pozostaje sprawiedliwość.
Nepomucenie, och Nepomucenie,
prowadź mnie cierpliwie przez mosty mej niewiary.
K.


Znam to miejsce.
Pani starsza pochylając się nad wiaderkiem pyta pani mniej starszej:
- To się piję?
- No nie wiem...
Ta odpowiada z mieszaniną strachu i powątpiewania wymalowanymi na twarzy.
Do studzienki podchodzi dwunastoletnia dziewczynka. Bierze do ręki emaliowany kubek.
- A panie są wierzące?
Stawia pytanie zaczerpując z wiaderka mętnawą wodę. Pije. Odstawia naczynie.
- Bo jak nie to lepiej się posmarować - rzuca odchodząc.
Skąd to dziecię było takie mądre?
Stojącego nieopodal niewierzącego ojca dziewczynki rozsadza na przemian to duma, to śmiech.
T.

listopad 2010

wtorek, 2 listopada 2010

Przepraszam

Przepraszam, zapominam pisać
o miłości się nie opowiada
ma się ją pod skórą
jak zapowiedź śmierci
Przepraszam, zapominam pisać
o niepokoju nie pamiętam
jak wiele go we mnie
gdy nad ranem sny rozgarniając
skrawki słów znajduję porozrzucane
jak ślady ust na moim ciele.
K.


Czy widzisz we mnie coś więcej
niż ciało i krew?
Proszę,
chciej spojrzeć.
Pozwól niech się łańcuch
samotności przerwie.
Rozciągam ręce.
Możesz mierzyć gdzie chcesz.
Lecz proszę
wejrzyj we mnie.
Włóż pomiędzy żebra rękę.
Nie bój się!
Trzeszczą w proteście?
Krzyczę?
To nie ból
to szczęście.
Nie ustawaj
drąż dalej,
mocniej,
głębiej.
Omiń schowane za rurociągami serce.
Odnajdź mnie proszę.
Zrobię dla Ciebie to samo.
Zrobię
- jeżeli chcesz,
więcej.
Tylko mnie wyłów
z żałobnej głębi.
Spomiędzy słów.
T.



październik, listopad 2010

Szepty - Parapluie

Zamknięty w pawlaczu daleki jestem zimie. Kurz kołysze me skrzydło nietoperza - stygnę. Nie tak dawno w pogoni za tęczą łzy chwytałem garś...

Z zaczytania