środa, 7 lipca 2010

Satyna

Nie wiem, jaka powinna być noc doskonała? Może po prostu takie nie istnieją? I żyją w nas tylko te, które otarły się o tajemnicę: muskaniem, ciepłym oddechem, rozchyleniem ust? Misterium zmysłów obudzonych po długim śnie.
Wstawaj, królewno! - wołają.
Bawełniana koszulka idzie w kąt i z zazdrością patrzy na czerwoną satynę. Zimne piękno uwięzione w materiale ożyje niedługo.
Śniadanie zmysłów mi się marzy.
Patrzysz i nie grzmisz?
K.


Patrzę
odfiltrowując czerń od bieli,
by móc
zatopić głodny wzrok,
smakować każde poruszenie.
Jesteś
rozkołysaną połoniną
wspinającą się ku szczytom
zarysowanych mgliście ramion.
Jeszcze
nie opadł z Ciebie wstyd
choć rosa wkrada się w doliny.
Nim
szept połączy z nocą świt
spójrz na mnie
- To moje w Tobie narodziny.
T.



Spiję z ciebie każde potem
w szepcie uniosę
tę która się rodzi
tyle czekałam zabrzmi
jak zaślubiny z przyszłością
która się nie zdarzy
twoje oczy już daleko
w nie moje światy unoszą słowa
oszukując latawce
zapomnianych życzeń
K.

Po nitce pełznie czas
- ku niebu,
gdzie wiatr latawce goni.
Dlaczego mówisz
- To nie nasz świat,
słowa zamykasz
w za ciasnej dla nich dłoni.
Przyszłości nie zna nikt.
Nikt nie potrafi przed nią się obronić.
T.


Jesteśmy tak daleko
że boimy się wołać
by wiatr marzeń nie przechwycił
i przerzucił przez pola
jesteśmy tak daleko
a tak blisko słowa
która pada między nami
od nowa i od nowa
K.

czerwiec 2010

poniedziałek, 5 lipca 2010

Tlenienie zieleni

Pora była podobna, lato i urlop za pasem. Ostre słońce, tak jak teraz, tleniło zieleń, aż po słomiany blond. Wszystko pachniało, albo bardzo intensywnie, albo wcale i było tak jak być powinno. Życie, nie zwracając uwagi na moje przerażenie, nabrało ostrości, kontury kształtu, a mgły rozpierzchły się.
Chociaż siedzieliśmy na szczycie wału przeciwpowodziowego nie widzieliśmy rzeki. Nie widzieliśmy nic. Dookoła pusto i tylko ptaki, nie większe od dłoni, opowiadały historie, których prócz nas nie potrafił zrozumieć nikt: byliśmy w sobie zakochani. Przestraszeni, onieśmieleni, szczęśliwi.
Zrozumiałem, co to słowo znaczy, kiedy jej palce zakradając się pod koszulę dotknęły moich pleców. Już wtedy wiedziałem, że zapamiętam to uczucie do końca życia, że do niego będę porównywał wszystko inne i tylko Ono mnie zadowoli. Cała reszta to proch i pył czający się pod wypaloną słońcem trawą. Nie było między nami jeszcze pocałunku, ale ten dotyk, ta nierozsądna śmiałość przypieczętowała zmiany. Bo tak to już jest, że miłość jest jak dom, do którego szuka się drogi, czasem przez całe życie. A kiedy się znajdzie zmienia wszystko.
Tamten czas minął, lecz nabierające tempa przemiany nie ustały. Świat zmienił się, zmieniła się rzeczywistość i zmieniłem się ja. Ta sama pozostała tylko droga na szczycie wału, skąd rozciąga się widok na całą, znaną okolicę. Droga do domu, gdziekolwiek by nie był...
T.

Czerwcowe pocałunki mają smak jaśminu. I nie w głowie im cisza zmysłów. Latem niełatwe kochanie - najszybciej zabiera tam, gdzie już tylko oczy, usta i ręce.
Zanim cię spotkałam ciężkie powietrze osiadało we mnie czekaniem. A w słonecznych okularach przygaszony świat bał się głośniej odetchnąć. Dziś sponad tysiąca słów zaglądam, ile mnie jeszcze na drogach, którymi nie szłam? Mgła opada i staje się poniedziałkowy lipiec. Do ciebie jadę, choć jeszcze w to nie wierzę. Jestem jak niewierny Tomasz, który palcami szuka pewności. Czy moje kocham jest naprawdę?
Nie budź mnie, proszę.
Czy to normalne, by właśnie teraz bać się?
K.

lipiec 2010

wtorek, 29 czerwca 2010

Huśtawka

Winny zaniechania
błądzę między wisielcami.
Moja twarz zerka ze sznura
cudzymi oczami.
Drepcze za mną Anioł Stróż
opuszczoną głową
wygłasza kazanie.

Winny niewypowiedzianych słów
przyjmuję piętno świętego spokoju.
Poszczerbione ciszą głosy
namaszczają czoło, dłonie.
Potem słyszę zgrzyt.
Anioł Stróż przystaje.
Nawet nie wiem,
kiedy przestąpiłem próg?
Lasciate ogni speranza, voi ch’entrate.
T.



nadziejo głupia
ty co spać pozwalasz
w lepszym świecie
huśtaj mnie
na sznurach wyobraźni
a potem pozwól
łagodnie spłynąć w dół
szybciej od łez
zagryzanych niemówieniem
K.



styczeń 2010

czwartek, 24 czerwca 2010

(Piszę do Pani...)

Piszę do Pani, bo świat się kończy
i dzień następny jest jak dzień ostatni.
Piszę do Pani, schwytany w ciszę niedomówień
nie wiedząc, czy to pisanie jest dla Pani ważne.
Piszę do Pani, chociaż mówią, że czas ucieka,
a ja go trwonię na ławce w poczekalni życia.
Piszę do Pani upychając w pustce słowa,
chcąc bezbarwnie zabiegane dni wypełnić Panią.
Piszę do Pani, nie wiedząc, czy przyśniło mi się jutro,
czy tylko wczoraj echem odbija się od dzisiaj?
T.

tyle w nas miejsca proszę pana
na dwoje diablo za wiele
pustka rozdzielonych kątów
krzyczy echem
słowa wybrzmiewają w nas
patrze na pana
i coraz mniej zaklęć
tonie w mych rymach i rytmach
smutnieją jutra
nie nam ofiarowane
K.


piszę do pana, bo świata mało
w przestrzeni która nie istnieje
lecz słowa chłonie nienagannym dreszczem
piszę do pana choć pan nie czyta
usta zaciska coraz mocniej
a ja próbują za każdym razem
ożywić spojrzeniem martwe miejsca
piszę do pana bo nawet nie wiem
jak panu tam pod pana niebem
i skąd te krople na moim oknie
czy z deszczu jeszcze
czy już nie?
nie wiem
K

lipiec, 2008

wtorek, 22 czerwca 2010

(stygnę w zachwycie...)

stygnę w zachwycie
kamieniem się stając
z sercem jak liść drżącym
starzeję się niepostrzeżenie

czas patrzy na mnie łakomie
niewidzialnym palcami
rysy na mnie znacząc
codziennym mijaniem
K.


Przebiegle wyciągam ramiona ,
potem z trzaskiem je zamykam.
Czas w uścisku morderczym
jęczy wprost do ucha.

Nie puszczę!
- wołam Jakubowym głosem.
Pobłogosław!
- żądam patrząc mu w oczy.

Czas dyszy coraz głośniej,
tchu mu zabraknie wkrótce.
Puść
- przez zaciśnięte usta szepcze.
Nie puszczę, jesteś we mnie więźniem.
T.

październik, 2007

sobota, 19 czerwca 2010

(Noc nie umiera z nastaniem świtu...)

Noc nie umiera z nastaniem świtu
zasypia tylko, kiedy się budzę.
Czas strząsając ostatnie krople snu
z ociąganiem wraca do zegara.
Słońce, niczemu się nie dziwiąc
wyrusza zenitowi na spotkanie.
Dzień się dzieje.

Lato jesienią pod parapet zagląda
chłodem pustosząc jaskółcze gniazda.
Ciebie kolano kaprysami dręczy,
we mnie anioły pompują nadzieję.
Pod klifem przechadza się przyszłość,
za rogiem sklep się nowy otwiera.
Życie się żyje
we mnie.
T.


w zakamarkach pamięci
porozsiadały się uśmiechy
cudom obiecują stawanie się
lekka zadyszka z życia
zwalnia z pośpiechu
jesteś
to wystarczy
K.


kwiecień 2008

czwartek, 17 czerwca 2010

Wieża

Coraz spokojniej cię mam, gdy się oddalasz.
Już nie rozdrapuję ciemności
- po drugiej stronie nieba
białe żagle obiecują swobodę od siebie.
Gdybyś wiedział, że zacieram ślady,
zawołałbyś?
Mówimy innymi językami.
Choć tak ładnie nam w wierszach.
K.

Patrzę na świat przez szkła
- już nie pamiętam jakiego koloru.
Nie zaglądam do lustra
- nawet kiedy się golę.
Zakładam skórzaną kurtkę
zanim wejdę między słowa.
Kołyszę miliony niepotrzebnych zdań
byś pomyślała:
Daleko.
Cisza zdradziła:
czujesz się w niej bezpiecznie.
Powiem ci jeszcze,
nie ku przestrodze:
Nie ufaj sobie,
kiedy myślisz o mnie.
T.



czerwiec 2010

Szepty - Parapluie

Zamknięty w pawlaczu daleki jestem zimie. Kurz kołysze me skrzydło nietoperza - stygnę. Nie tak dawno w pogoni za tęczą łzy chwytałem garś...

Z zaczytania