Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z wrzesień, 2010

Jesienny duet

Niech Pani nie grzmi. Niech Pani miotłę w kąt odstawi, spokojnie u wezgłowia siądzie. Siebie trochę opowie, tej stąd i stamtąd. Rąbka tajemnicy odsłoni jakby rozchylała Pani koronki. A potem ja, dla Pani - tą miotłą kurze z kątów powystraszam. T. Już nie grzmię Mój Panie Już spokój wyjęłam z kieszeni I słów wypatrując bezradnie Myślę o wrażliwości Którą chowam pod płaszczem I o tym co zostawiam za drzwiami kiedy późną nocą przychodzę do Ciebie C. To dobrze. Drzwi tylko zostaw lekko uchylone, byś nie odcięła sobie drogi powrotnej. Tu nikt nie jest na stałe, ani nie bywa naprawdę. Dlatego diabli wieszak porwali i pierwszy to w historii bal w płaszczach. Szepczą prochowce, skrzypią skórzane kaftany, norki gwiżdżą na orkiestrę. Bądź uważna. W tłumie łatwo się zarazić. W gorączce wznieść toast za zdrowie, nie za spokój gospodarza. Gdybyś mnie spotkała miej trochę cierpliwości skrawek zaufania. Dostaniesz coś w zamian - odrobinę zbędnej miłości. T. Przez uchylone drzwi słyszę najstarszą koły...

(Nie wyglądam , nie czekam)

Nie wyglądam, nie czekam, dzień za dniem się staje. Za oknem drzewa zielenią nabrzmiały przedwczesnym latem rozśpiewały ptaki. Na ścianach słońce tańczy, kot za muchą goni. Z kranu nie kapie, drzwi nie skrzypią. Pani mięso na ladę kładzie: Pan czegoś smutny? To nie smutek - usta rozdziawiam. Nie wyglądam, nie czekam. Dzień za dniem się dzieje. T. a skoro to nie boli to dlaczego poduszka mokra od wspomnień? K. Na sznurach rozsiadły się prześcieradła. Ich rozkołysane wiatrem skrzydła bledną. Pod uściskiem drewnianych szczęk schną, lecz jeszczeż wilgotne pamięcią zaspanego wczoraj. Zdawać by się mogło, że w szamotaninie szepczą. Nikt nie wie, co i komu, mówi się - szeleszczą. A potem - nocy pierwszej świeżość przeszywa dreszczem i nim dotknę poduszki stajesz się łzą nie wierszem. T. stary kot dobrodziej zazdrosny o czułość wygraża skrzydłom nastroszoną sierścią szepty zagłusza żałosnym wołaniem biel mleka uwięziona na progu w zawody staje ku uciesze starego prześcieradła jak ptaki rwą się...

Twoja Dziesiątka i moje potem

Pada. Lubię deszcz. Szczególnie, kiedy zimno, a ja otulony bezpiecznym ciepłem oddaję się nieróbstwu. Z niewysokości drugiego piętra patrzę na chodnik. Patrzę przez noc. Noc obmywaną chrzcielnymi kroplami aż po świt. Lubię świt. Zwiastuje czystą kartę dnia i nawet czarne potoki sunące teraz wartko pod linijkę krawężnika nie będą potrafiły oprzeć się jego mocy. Utracą swoją nieprzeniknioną naturę odsłaniając w pierwszych promieniach słońca prawdę sięgającą bruku. Lubię grzech. Z niego można się podnieść lub rozsmakować. Wszystko w grzechu jest kwestią wyboru, bez presji, przymusu tłumu skandującego imię świętego i w skrytości oczekującego jego porażki. Zawsze mnie zastanawiał ten dualizm. Zawiść zamknięta w kilkudziesięciu kilogramach żywej tkanki będącej częścią czegoś większego, wznioślejszego, a jednak przeważnie skupionej tylko na sobie. Decydować. Być wolnym w wyborach między ostatnią świnią, a mnichem przepasanym memento mori . Po Bosku myślę, że moje wybory mają wpływ na kształt ...