Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z lipiec, 2010

Gdy wiem

Gdy się zdarzyłeś miałam głowę w chmurach i nie wiedziałam, co zrobić z rękami Leniwe popołudnie rozchodziło się kręgami w zbożu Ktoś przeliczał kilowatogodziny Spacerując chwytałam pewność - nie umiem pisać do ciebie gdy wiem jak brzmi twój śmiech. K. Wyszłaś do mnie z cienia słów rzucanych w upalne południe. Zaskoczony wyciągniętymi ramionami śmiechem przekrzykiwałem fontannę. A potem było tak jak zawsze. Uzbrojona w znak zapytania wyławiałaś mnie dla siebie sama spowita marzeniem. Nie zauważyłem, kiedy czas strzelił z bicza. Bruk zadudnił w skroniach: - Nie zdążyłeś wyłowić jej dłoni! Teraz, kiedy wiem jak smakują Twoje kroki nie chcę słów one milkną w echu, gdy odchodzisz. T. lipiec 2010

(Noc nie umiera...)

Noc nie umiera z nastaniem świtu, zasypia tylko, kiedy się budzę. Czas strząsając ostatnie snu krople z ociąganiem wraca do zegara. Słońce, niczemu się nie dziwiąc wyrusza zenitowi na spotkanie. Dzień się dzieje. Lato jesienią pod parapet zagląda chłodem pustosząc jaskółcze gniazda. Ciebie kolano kaprysami dręczy, we mnie anioły pompują nadzieję. Pod klifem przechadza się przyszłość, za rogiem sklep się nowy otwiera. Życie się żyje we mnie. T. w zakamarkach pamięci porozsiadały się uśmiechy cudom obiecują stawanie się lekka zadyszka z życia zwalnia z pośpiechu jesteś to wystarczy K. kwiecień 2008

Bluszcz

Dzień się kończy Nie głaszcze mnie feerią zachodu. Rękoma Piłata sięga ku horyzontowi, dyszy czerwienią płaszcza, o który diabli w kości zagrają. Czas po noc sięgnąć. Na kartce piszę: Dobranoc. Potem - na głos litery spomiędzy krat wyławiam. Noc nie odpowiada T. śledzę kroki księżycowe dzieci rodzą się bez nas w oczach noszą marzenia które zabrał strach urodzić się na nowo sobie a muzom na pociechę jeszcze raz na północ wykrzyczeć spadającej gwieździe nim zgaśnie niespełnione obietnice K. lipiec 2010

Satyna

Nie wiem, jaka powinna być noc doskonała? Może po prostu takie nie istnieją? I żyją w nas tylko te, które otarły się o tajemnicę: muskaniem, ciepłym oddechem, rozchyleniem ust? Misterium zmysłów obudzonych po długim śnie. Wstawaj, królewno! - wołają. Bawełniana koszulka idzie w kąt i z zazdrością patrzy na czerwoną satynę. Zimne piękno uwięzione w materiale ożyje niedługo. Śniadanie zmysłów mi się marzy. Patrzysz i nie grzmisz? K. Patrzę odfiltrowując czerń od bieli, by móc zatopić głodny wzrok, smakować każde poruszenie. Jesteś rozkołysaną połoniną wspinającą się ku szczytom zarysowanych mgliście ramion. Jeszcze nie opadł z Ciebie wstyd choć rosa wkrada się w doliny. Nim szept połączy z nocą świt spójrz na mnie - To moje w Tobie narodziny. T. Spiję z ciebie każde potem w szepcie uniosę tę która się rodzi tyle czekałam zabrzmi jak zaślubiny z przyszłością która się nie zdarzy twoje oczy już daleko w nie moje światy unoszą słowa oszukując latawce zapomnianych życzeń K. Po nitce pełznie ...

Tlenienie zieleni

Pora była podobna, lato i urlop za pasem. Ostre słońce, tak jak teraz, tleniło zieleń, aż po słomiany blond. Wszystko pachniało, albo bardzo intensywnie, albo wcale i było tak jak być powinno. Życie, nie zwracając uwagi na moje przerażenie, nabrało ostrości, kontury kształtu, a mgły rozpierzchły się. Chociaż siedzieliśmy na szczycie wału przeciwpowodziowego nie widzieliśmy rzeki. Nie widzieliśmy nic. Dookoła pusto i tylko ptaki, nie większe od dłoni, opowiadały historie, których prócz nas nie potrafił zrozumieć nikt: byliśmy w sobie zakochani. Przestraszeni, onieśmieleni, szczęśliwi. Zrozumiałem, co to słowo znaczy, kiedy jej palce zakradając się pod koszulę dotknęły moich pleców. Już wtedy wiedziałem, że zapamiętam to uczucie do końca życia, że do niego będę porównywał wszystko inne i tylko Ono mnie zadowoli. Cała reszta to proch i pył czający się pod wypaloną słońcem trawą. Nie było między nami jeszcze pocałunku, ale ten dotyk, ta nierozsądna śmiałość przypieczętowała zmiany. Bo tak ...